Nagle widać brzuch. Nie, nie jest to brzuszysko, nie pojawiło się dlatego, że zjadło się za dużo pierogów. To jest brzuch z dzieckiem – można to zresztą łatwo odgadnąć. Na początku czujesz się tylko gruba i brzydka, bo ubrania już nie pasują. Ale najpóźniej w szóstym miesiącu ciąży wszyscy już rozumieją, co jest grane: tak, to mały współlokator! Jak dotychczas moje ciążowe doświadczenia w Niemczech i Polsce wydają się dość podobne. Ale zdarzają się czasem po tej stronie Odry rzeczy osobliwe. Po pierwsze, na ulicach jakoś mało ciężarnych. Studiowałam w Jenie. Stojąc raz w centrum miasta przez pół godziny, naliczyłam co najmniej dziesięć brzuszków – nie mówiąc już o tych kobietach, które jeszcze trudno rozpoznać jako ciężarne. Jena ma wysoki wskaźnik urodzeń – więcej niż dziesięć dzieci na tysiąc mieszkańców, znacznie powyżej średniej kraju (2014: 8,4). Mimo to mam tutaj, w Warszawie, szczególne poczucie, że jestem egzotyczna. Oczywiście mogę się mylić. Mieszkam na Śródmieściu, dzielnicy nie dość dobrze dostosowanej do zapotrzebowań rodzin z małymi dziećmi. Niewiele placów zabaw i przedszkoli. Rodziny bawią się outdoor na zielonych dziedzińcach. Tymczasem w Jenie codziennie po południu (o 16) – wędrówka ludów. Rodzice odbierają dzieci z przedszkoli. Wskaźnik urodzeń w Warszawie wynosi teraz ok. 11,3 na tysiąc mieszkańców. W całym kraju – 9,7 (dane z 2014 r.). W polskiej stolicy mamy zatem ponoć babyboom – rekord pobito już jednak w 2010 r. (11,6 dzieci na tysiąc ludzi). Najważniejsze jest uczucie, które taki utrzymujący się trend wywołuje: znajoma, która ma urodzić latem, zapisała się na poród w dwóch różnych szpitalach – ze strachu, że już nie będzie dla niej miejsca. Ale cały ten babyboom nie wpłynął na sposób traktowania kobiet w ciąży. Mówi się tutaj o „stanie błogosławionym”. A ponieważ błogosławieństwo jest tak szczególne, z ciężarnymi obchodzi się jak z surowym jajkiem – żeby błogosławieństwa nie uszkodzić. Zdecydowałam się zatem na jogę, coś zdrowego dla ciała. Najpierw szukałam „jogi dla kobiet w ciąży”, bo ta wydaje się najwłaściwsza, prawda? Szybko się okazało, że to jednak niemożliwe. Po pierwsze, w Warszawie w zasadzie nie ma szkół jogi, które oferują kursy dedykowane kobietom w ciąży. Po drugie, te rzadkie kursy, które są w programie, odbywają się w szalonych godzinach: o 11 rano, o Wszystkie kobiety pracujące mają więc problem. Taki dokładnie, że nikomu nie przychodzi do głowy, że kobieta w ciąży może zechcieć pracować. Ma to na pewno związek z tym „stanem błogosławionym”. Ciężarne zwykle – jeśli to możliwe – wycofują się z życia publicznego. Dogadzają sobie w domu. Jedzą, co chcą. Nie stresują się pracą. Na przykład moja znajoma, o której była już mowa, pracowała w dziale marketingu pewnego dużego banku. Pracę przerwała dobre cztery miesiące przed wyliczonym terminem porodu. Od tego czasu rozkoszuje się życiem, czyta książki o niemowlętach, spotyka z koleżankami przy kawie, planuje amerykańskie imprezy typu „baby shower”. Nie pędzi przepełnionym metrem do pracy na ósmą rano. Nie prowadzi dyskusji z kolegami o jakiejś minionej prezentacji. Konferencje odbywają się bez niej. Czyli: ciąża jako pożądana przerwa od prawdziwego życia? Mój fizjoterapeuta w Warszawie mówi: to w Polsce normalne. Wielu ginekologów – tłumaczy – przepisuje kobietom zwolnienie lekarskie długo przed terminem porodu – pod warunkiem, że pacjentki ciągle otrzymują pensję. Dlaczego? Bo komplikacji i ryzyka w czasie ciąży nie sposób wykluczyć. – Kto to może przewidzieć? – zastanawia się Michał. – Pracodawcy nie chcieliby brać za to odpowiedzialności. Dlatego kobiety w tym szczególnym stanie nie są w swoich firmach mile widziane – mówi mi Michał. Jasne, w Niemczech kobiety w wieku 25-35 lat mają podobne problemy, gdy szukają stałego zatrudnienia. Zastrzeżenia są te same. Ale w praktyce między Kolonią, Kilonią i Konstancją kobiety nie urlopują na kilka miesięcy przed porodem. Może to i ładny model. Ale skutek jest taki, że całe społeczeństwo odzwyczaja się od ciężarnych. Stają się w pewnym momencie bardzo egzotyczne i tak rzadko się je spotyka, że trzeba je dopieszczać. Polski wskaźnik urodzeń pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza w porównaniu z europejską normą. Kobiety oczekujące dzieci traktuje się bardzo delikatnie. Słyszą często: „Jak się czujesz…?”. Pytania wypowiadane tym specjalnym, niższym tonem. „Oj, oj, masakra to wszystko…”. Przestraszonymi spojrzeniami zrywają się z miejsca dwudziestolatki w tramwajach i mamroczą: „Och przepraszam, nie zauważyłem…”. Można powiedzieć, że kobiety w ciąży są traktowane tak, jakby były chore. Czy „stan błogosławiony” oznacza automatycznie, że trzeba tylko leżeć z nogami wyciągniętymi do góry? Lekarze, którzy przepisują kilkumiesięczne – często niepotrzebne – zwolnienia, wspierają tę perspektywę. I sprawiają, że ludzie faktycznie zapominają o tym, co istotne – że dziecko rośnie samo. Rozpieszczanie kobiet sprawia, że całe to „błogosławieństwo”, cały ten cud narodzin urasta do absurdu. Tymczasem dziecko wszystkie składniki odżywcze otrzymuje od matki. Pozostaje w brzuchu pod ochroną, rozwija się z każdym tygodniem. Moje właśnie otwiera oczy po raz pierwszy. Dotyka nosa rękami i ćwiczy (sport uprawia?). Co robią ci, którzy uczynili z ciąży pewien rodzaj sakramentu (czyli Kościół)? Nie wyprowadzają ludzi z błędu. Polski episkopat nie tłumaczy, że ciąża i poród są bardzo naturalne. Koncentruje się na aspektach drugorzędnych – jak „in vitro”, ta straszna metoda, tak nienaturalna… Co tu dodać? Pary, które decydują się na sztuczne zapłodnienie, chciałyby mieć dzieci i nie znajdują lepszego sposobu. Po prostu, naturalnie. Jeśli znajdzie się w Polsce zrozumienie dla in vitro, wtedy będzie można mówić o błogosławieństwie. * Ein zweifelhafter Segen Plötzlich hat man also einen sichtbaren Bauch. Nein, keinen Fettwanst, weil man zuviel Pierogi gegessen hätte. Sondern einen Babybauch, der auch als solcher zu erkennen ist. Zuerst hat man sich nur dick und hässlich gefühlt, weil die Klamotten nicht mehr passen. Spätestens im sechsten Monat aber können die Mitmenschen den gewachsenen Bauch richtig zuordnen: Ja, es ist ein menschlicher Mitbewohner! So weit, so ähnlich die Erfahrung in Deutschland wie in Polen. Und nun passieren eigenartige Dinge diesseits der Oder: Zunächst mal sieht man wenig schwangere Frauen auf der Straße. In Jena, wo ich studiert habe, stellt man sich einmal in die Fußgängerzone und zählt in 30 Minuten mindestens zehn Babybäuche. Von denen, die man noch nicht erkennen kann, ganz zu schweigen. Zugegeben, Jena hat eine hohe Geburtenrate. Mit über zehn Kindern pro 1000 Einwohner liegt sie deutlich über dem Bundesdurchschnitt (2014: 8,4). Trotzdem habe ich hier in Warschau besonders das Gefühl, ein Exot zu sein. Vielleicht, weil ich im Zentrum wohne und die dortigen Viertel es bisher nicht geschafft haben, sich familienfreundlich zu gestalten. Es gibt wenig Spielplätze und wenig Kitas. Das Familien-Outdoor-Leben ereignet sich höchstens auf den begrünten Innenhöfen der Häuserblocks. In Jena spielt sich dagegen jeden Nachmittag um 16 Uhr eine Völkerwanderung durch die Stadt ab, wenn die Eltern ihre Kinder von der Tagesbetreuung abholen. Im vergangenen Jahr kamen in Warschau 11,3 Kinder pro 1000 Einwohner zur Welt, das sind 1,6 mehr als im polnischen Landesdurchschnitt. Angeblich verzeichnet die Hauptstadt damit einen Babyboom, obwohl die Zahl 2010 mit 11,6 Kindern pro 1000 Einwohnern schon mal höher lag. Das wichtigste ist aber das Gefühl, das dieser anhaltende Geburtentrend auslöst: Eine Freundin, die im Sommer ihr erstes Kind bekommt, hat sich gleich in zwei Krankenhäusern für die Entbindung angemeldet – aus Angst, keinen Platz zu bekommen. Wie die Gesellschaft mit schwangeren Frauen umgeht, das hat dieser Boom allerdings noch nicht verändert. Man spricht hier, das habe ich gelernt, von „gesegneten Umständen“. Und weil ein Segen so etwas Besonderes ist, wird man von vorne bis hinten in Watte gepackt – auf dass der Segen nicht kaputt gehe. Ich beschloss, meinem Körper etwas Gutes zu tun, und ging mal zum Yoga. Eigentlich hatte ich den Vorsatz, zum „Yoga für Schwangere“ zu gehen. Dafür trägt der Kurs ja den Titel, damit Leute wie ich da hingehen. Es stellte sich aber schnell heraus, dass das nicht möglich ist. Erstens gibt es in Warschau fast keine Yogaschulen, die Schwangeren-Kurse anbieten. Zweitens finden diese wenigen Kurse zu den verrücktesten Zeiten statt: Morgens um 11, nachmittags um Wer einen Job hat, steht doof da. Und genau das ist offenbar nicht vorgesehen während der Schwangerschaft – arbeiten. Das muss mit den „gesegneten Umständen“ zu tun haben: Schwangere Frauen ziehen sich, wenn es möglich ist, aus der Öffentlichkeit zurück. Lassen es sich zuhause gut gehen. Essen, was sie möchten. Machen sich keinen Stress mehr mit der Arbeit. Etwa meine Freundin, die ich schon erwähnt habe: Sie werkelte im Marketing einer großen Bank. Gut vier Monate vor dem errechneten Geburtstermin hörte sie damit auf. Sie genießt seither das Leben, liest Bücher über Babys, trifft Freundinnen zum Kaffee, veranstaltet Babypartys. Sie hetzt nicht morgens um acht in der verstopften Metro zur Arbeit, sie diskutiert nicht mit ihren Kollegen in der Kantine über die letzte Präsentation, die Konferenzen finden ohne sie statt. Schwangerschaft als willkommene Pause vom echten Leben? Mein Warschauer Physiotherapeut sagt: Das ist normal in Polen. Viele Gynäkologen würden werdende Mütter bei Fortzahlung des Gehaltes von der Arbeit freistellen, lange vor der Entbindung – wegen möglicher Risiken und Komplikationen. „Wer kann denn etwas dagegen sagen?“, fragt Michał. Und: „Natürlich haben die Arbeitgeber keine Lust darauf.“ Deswegen seien Frauen in diesem bestimmten Alter bei den Unternehmen nicht gern gesehen. Auch in Deutschland haben Frauen zwischen 25 und 35 es schwer, einen festen Job zu finden. Die Vorbehalte sind dieselben. Aber: Die Praxis, schon Monate vorher in bezahlten Mutterurlaub zu gehen, gibt es zwischen Köln, Kiel und Konstanz nicht. Das mag auch eine Zeitlang ganz schön sein. Was es aber mit sich bringt: Die Gesellschaft entwöhnt sich immer mehr von schwangeren Frauen – sie sind auf einmal etwas ganz Exotisches. Etwas, das man wegen seiner Seltenheit hegen und pflegen muss. Schließlich lässt die polnische Geburtenrate – genau wie die deutsche – im europäischen Vergleich zu wünschen übrig, also behandelt man die Kinder-Erwarterinnen mit besonderer Vorsicht. Ständige Nachfragen „Wie fühlst du dich denn?“ mit dem Unterton „Oh je, das alles…“ gehören dazu, genau wie erschreckte Blicke von 20-Jährigen in der Straßenbahn, die aufspringen und mir ihren Sitzplatz anbieten und dazu etwas murmeln wie „Oh Entschuldigung, gar nicht gesehen…“ Man könnte auch sagen: Werdende Mamas werden behandelt, als hätten sie eine Krankheit. „Gesegnete Umstände“, heißt das automatisch „Füße hoch“? Die Ärzte, die monatelange – meist unnötige – Freistellungen unterschreiben, unterstützen diese Perspektive. Damit helfen sie, dass die Menschen etwas Wesentliches vergessen: Das Baby wächst von alleine. Und der Segen des „Wunders Baby“ wird durch all das Verhätscheln ad absurdum geführt. Das Kind holt sich alle Nährstoffe, die es braucht, vom Organismus seiner Mutter. Es ist im Bauch geschützt, jede Woche entwickelt es sich weiter. Meins öffnet diese Woche zum ersten Mal die Augen, es greift mit der Hand an die Nase und turnt in der Fruchtblase herum. Und die, auf deren sakralen Fundament die „gesegneten Umstände“ beruhen, machen nichts gegen die Irreführung der Menschen. Statt zu betonen, dass Schwangerschaft und Geburt etwas Natürliches sind, stürzt sich die katholische Kirche auf Randaspekte wie „in vitro“, ganz schrecklich, ganz unnatürlich. Was soll ich dazu sagen? Paare, die sich zur künstlichen Befruchtung entschließen, sind meistens Menschen, die sich Kinder wünschen und es nicht anders schaffen. Ganz einfach, ganz natürlich. Wenn man das endlich mal akzeptiert, spürt man auch den Segen des Babykriegens wieder.
U mnie po transferze 7.08.23 po kilku godzinach był taki mini ból, jakby ktoś mi igłę wbił gdzieś w środku w brzuchu. 2 i 3dpt trochę bolały pachwiny, jajniki i plecy. W 3dpt w lewej piersi czułam jakby mi prąd przechodził Postów: 55 10 Odebrałam wczoraj wyniki badań i się załamałam. Wizytę w klinice mam dopiero w sobotę ale już mnie lekarz uprzedził że jak amh będzie poniżej 1 to tylko in vitro. wyniki w 2dc: Fsh: norma Lh: 5, Amh: Tsh: norma Estradiol: norma 21-151 Prolaktyna: norma Czy takie wyniki fsh i amh to znak ze wyczerpuje sie rezerwa i to koniec marzeń o naturalnej ciąży? Mam 37 lat, staramy się ponad rok Pod koniec zeszłego roku wyniki były w normie: amh fsh 8. Postów: 4785 2591 Niskie amh i wysokie fsh świadczą o wyczerpującej się rezerwie. W wieku 37 lat to nie warto czekać tylko szybko działać. In vitro to wcale nie taka straszna rzecz. Oczywiście możesz sie starac dalej naturalnie, ale wyczerpująca się rezerwa to też komórki o gorszej jakości i tego czasu jest mniej. Wiadomość wyedytowana przez autora: 22 listopada 2020, 14:58 3,5 roku starań. Niepłodność idiopatyczna. 4 x IUI Podwyższone antyTG i prolaktyna. Wysokie NK z krwi: Mutacje PAI-1 4G homo,MTHFR_1298A-C i 677C-T hetero, zaniżone bialko s 60%. Kir BX - brak 3 najważniejszych kirow implantacyjnych. Styczeń 2020 - ivf w Artvimed. Uzyskano 3 Blastocysty. ET Blastki (z wlewem z accofilu): 😞 - histeroskopia. Nie ma ecoli, nk maciczne w normie. -FET Blastki 7dpt beta 😄 9dpt beta 164 11dpt beta 484 14dpt beta 2566 24dpt - mamy Serduszko! Czekamy na Córeczkę😄 - nasza Miłość jest na świecie😍 "Nie bój się, tylko wierz." Postów: 76 178 Cześć, moje amh to 0,54, fsh nie pamiętam ale jakoś między 10-12. zaczęłam brać i po miesiącu amh urosło do 0,69. Potem już zdecydowałam się niczego nie mierzyć. Przygotowywałam się psychicznie do in vitro, pierwszym krokiem miała być inseminacja, ale przyszedł covid i wszystko odwołali. Zaszłam w ciąże w cyklu, w którym miałam mieć inseminację. Za dwa dni skończę 38 tydzień ciąży, mam 40 lat, to moja pierwsza ciąża. Tak więc po pierwsze - rozumiem Twoją sytuację i to, że się martwisz, że czasu masz mało, ale piłka wciąż jest w grze. Wciaż masz szansę. Amh czasem nieżle skacze, mój lekarz mówił, że czasem pacjentki otrzymywały zupełnie inne wartości amh z badań wykonywanych w tym samym okresie ale innych labach, i ponadto po suplementacji czasem to amh rosło niesamowicie i osiągało wartości bardzo satysfakcjonujące. Tak naprawdę to, co jest kluczowe to jakość komórek - a amh tego nie uchwyca. Co z tego, że amh wysokie, jesli jakość komórek byłaby słaba? Może i amh nie masz super wysokiego, ale jakość Twoich komórek jest dobra. kto wie. Jakość sprawdza właściwie tylko hodowla w in vitro. U mnie prawdziwym problemem był progesteron (sama tak zawnioskowałam po skracającej się fazie lutealnej), ale lekarze mi nie wierzyli i twierdzili, że na pewno nie umiem właściwie wyznaczyć dnia owulacji...no commments. Gdy wreszcie trafiłam na sensownego lekarza, który mnie słuchał, to też od razu sugerował in vitro, ale posłuchał też, gdy wreszcie odważyłam się wspomnieć o progesteronie. Dał mi luteinę i w pierwszym cyklu jej brania zaszłam w ciąże. Trzymam za Ciebie kciuki i życzę powodzenia w staraniach:) Marita80 lubi tę wiadomość Postów: 55 10 Natalia_l bardzo dziękuję za pocieszające słowa to co piszesz daje nadzieję A badałaś progesteron w 2 fazie cyklu? Ja w sumie tez zauważyłam że mam krótką faze lutealna i plemienia przed miesiączka ale progesteron w 21-22 dniu wychodzi wysoki. Postów: 76 178 przepraszam, ze dopiero dzis odpisuję, ale zauważyłam, ze jest nowy post...tak, badałam progesteron ale tylko raz i akurat w cyklu, w ktorym miałam wyjazdy słuzbowe i cykl mi sie wydłużył bardzo, dlatego zbadany w 21 dniu progesteron był zbadany tak naprawde przed owulacja, a moze nawet ten cykl był bezowulacyny, progesteron był b. niski. potem nie badałam już, tak więc tak naprawde nie znałam poziomu progesteronu zanim wreszcie dostałam luteinę kazdy lekarz u ktorego byłam zaczynał niejako od poczatku- od niskiego amh, sprawdzania owulacji, a poniewaz kompletnie mnie nie słuchal i zaden nie wierzył, ze to problem z progesteronem, wiec zmieniałam lekarza i zaczynało sie od początku. nie potrafię jednak Ci poradzić czy wysoki progesteron ale skracajaca sie f. lutealna to wskazanie do brania progesteronu... ja w kazdym razie na własna rekę brałam niepokalanka, to tro che wydłuzyło mi faze lutealna ale jednak do zajscia w ciaze jednak potrzebowałam luteiny, niepokalanek nie wystarczył. Wiadomość wyedytowana przez autora: 30 listopada 2020, 12:49 Marita80 lubi tę wiadomość .